„Narty na zdrowie” świetna zabawa, świetne dzieciaki!

 

narty na zdrowie1

Klub Sporteum organizuje wyjazdy i obozy narciarskie w Polsce i w Alpach. Jednym z najważniejszych projektów tego sezonu były „Narty na zdrowie”, które organizujemy pro publico bono jako Fundacja Promocji Sportu już od 7 lat wspólnie z Fundacją AD-RENalina i jej założycielką oraz Panią Prezes Anną Husar. Projekt „NARTY NA ZDROWIE” powstał z inicjatywy doktora Jacka Rubika, kierownika Poradni Transplantacji Nerek w Centrum Zdrowia Dziecka. W marcu tego roku grupa podopiecznych Poradni Transplantacji Nerek przy CZD w Warszawie oraz Fundacji AD-RENalina szusowała na nartach po krynickich stokach.

Dla niektórych były to „pierwsze kroki”, inni doskonalili swoje umiejętności  nabyte w czasie poprzednich edycji projektu.  Przez kilka dni udało się wszystkim zapomnieć o chorobie i codzienności. Do udziału w tegorocznym obozie zakwalifikowanych  zostało 17 pacjentów Poradni Transplantacji Nerek Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, w wieku od 10 -18 lat, których stan zdrowia pozwala na czynne uprawianie sportu rekreacyjnego. Opiekę medyczną nad dziećmi w czasie trwania obozu sprawował dr Jacek Rubik. Jak mówi Prezes Fundacji AD-RENalina, pani Anna Husar: „Po raz kolejny udowodniliśmy, że ruch na świeżym powietrzu, słońce i obecność życzliwych ludzi  bardzo poprawiają samopoczucie i dodają sił. Dzieci miały okazję przebywać ze sobą w innym otoczeniu, niż szpitalna sala lub korytarz poradni. Zawiązały się nowe przyjaźnie, odświeżyły zeszłoroczne znajomości. Wieczorami, po powrocie z nart, dzieci oglądały nagrania filmowe swoich zjazdów na stoku, a instruktorzy udzielali im fachowych porad na temat techniki jazdy. Dzieci wróciły do domów całe, zdrowe i bardzo zadowolone. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się również zorganizować taki obóz. W przypadku naszych Podopiecznych uśmiech i szczęście = ZDROWIE!”.

Wspaniale opisuje to instruktorka klubu Ola, szkoląca dzieciaki podczas obozu:

„Ciężko jest opisać w kilku zdaniach te cudowne dzieci i atmosferę wyjazdu, żeby to zrozumieć to trzeba po prostu pojechać z nimi i na własne oczy to zobaczyć, ale praca z nimi i entuzjazm z jakim do wszystkiego podchodziły był tak niesamowity, że do końca życia zapamiętam dlaczego kocham uczyć i dzielić się z innymi moją pasją.

Wszystkie dzieciaki które miałam możliwość uczyć narciarstwa od początku mojej kariery instruktora były cudowne i to była dla mnie przyjemność współpracować z nimi, lecz atmosfera i łatwość nawiązania kontaktu z kursantami nart na zdrowie była niepowtarzalna. Od chwili gdy przyjechałam poczułam rodzinna atmosferę między podopiecznymi i opiekunami z fundacji, wszystko tam toczyło się na spokojnie i z chęcią spędzałam z nimi każdą moją wolną chwile na stoku jak i również wieczorami kiedy zbieraliśmy sie wszyscy i graliśmy wspólnie w przeróżne gry planszowe czy karciane. Zorganizowaliśmy również wspaniałe ognisko z kiełbaskami, oscypkami oraz góralską muzyką, a pod koniec wyjazdu ogromne piżama party z oglądaniem filmu.

Oczywiste jest to że każde dziecko po pewnym czasie spędzonym na stoku zaczyna sie nudzić i odczuwać zmęczenie, niektóre odpuszczają i wcześniej kończą zajęcia albo przestają się starać. Jazda z podopiecznymi fundacji była zupełnie inna, miałam grupe podstawową składającą się z samych dziewczyn, pierwszego dnia stawały dopiero na nartach, a ostatniego już niesamowicie jeździły. Nawet pod koniec dnia kiedy wszystkie byłyśmy zmęczone nie odpuszczałyśmy i jeździłyśmy do ostatniej chwili.

Ciężko jest opisać w kilku zdaniach te cudowne dzieci i atmosferę tego wyjazdu, żeby to zrozumieć to trzeba po prostu pojechać z nimi i na własne oczy to zobaczyć , praca z nimi i entuzjazm z jakim podchodziły do wszystkiego był tak niesamowity że do końca życia zapamiętam dlaczego kocham uczyć i dzielić się z innymi moją pasja.

Mam nadzieje że w pewnym stopniu udało mi się pokazać niepowtarzalność nart na zdrowie.”

Krótko podsumowując dzisiejszy artykuł, w sporcie nie liczą się tylko wyniki i rywalizacja, sport to także wspaniałe chwilę ze świetnymi ludźmi, to przyjaźnie, radości, troski i smutki, to doświadczenie na całe życie, czego dowodzi historia tych cudownych dzieciaków, dla których mamy przyjemność organizować „narty na zdrowie”, mamy nadzieję, że będziemy z nimi jeździć do końca świata i jeden dzień dłużej! A wszystkim klubom i sportowcom życzy tak fajnych i zgranych podopiecznych jakich mamy my!

SPORTEUM KLUB.

 

Reklamy

JUNIORS CUP PODSUMOWANIE

Za nami kolejna edycja Juniors CUP, naszego kultowego turnieju dla naszych podopiecznych i wychowanków ze szkoły tenisa SPORTEUM, czy wiecie, że tegoroczny turniej to już dwunasty JUNIORS CUP w historii klubu? Od 12 lat, rok rocznie dzieci i młodzież stają w szranki podczas mikołajkowego turnieju i podnoszą kwalifikacje sportowe, sprawdzają umiejętności  i charaktery, nawiązują przyjaźnie i pracują nad udoskonaleniem  formy sportowej , liczymy na co najmniej kolejne 12 edycji turnieju, aby nam i dzieciakom dostarczać niezapomnianych wrażeń, podczas sportowej rywalizacji i pokazywać, że nauka, to nie tylko zajęcia i szlifowanie warsztatu umiejętności tenisowych, ale również świetna zabawa!
Poniżej kilka zdań od organizatorów i trenerów, czyli jak wygląda Juniors CUP naszym okiem 🙂

Dnia 09.12.2018r odbył się kolejny turniej Juniors Cup dla dzieci, była to zimowa edycja, więc można powiedzieć wyłaniająca najlepszych na rok 2018, zawody  były rozgrywane w 5 kategoriach, w turnieju udział wzięło 40 młodych adeptów szkoły tenisa SPORTEUM, z turnieju na turniej miło jest popatrzeć na poprawę poziomu naszych podopiecznych.

Dyrektor szkoły tenisa SPORTEUM Tomasz Tomczak,

Juniors Cup z roku na rok przynosi nam jak i dzieciakom coraz więcej radości i frajdy z gry w tenisa, podczas turnieju my jako trenerzy widzimy, że nasza wielosezonowa praca podczas treningów z młodzieżą nie idzie na marne i przynosi widoczne rezultaty, z każdym rokiem poziom turnieju jest coraz wyższy, a zawodnicy oprócz mnóstwa frajdy i sportowej rywalizacji  w sposób praktyczny weryfikują swój poziom sportowy z rówieśnikami z innych grup. Jesteśmy dumni, że możemy pracować z tak fajnymi młodymi sportowcami!

Piotr Daszewicz – trener i kierownik ośrodka SPORTEUM.

Ostatni Juniors Cup był świetna okazją do udoskonalenia umiejętności tenisowych które w warunkach treningowych nie są eksponowane. To także jedna z nielicznych okazji dla młodych zawodników by lepiej poznać siebie- odkryć koncentrację, poznać smak zwycięstwa, gorycz porażki i poczuć satysfakcję z przyjacielskiej rywalizacji w duchu fair play. Wszystkie te emocje były widoczne na każdym korcie przez cały turniejowy dzień. Nam – trenerom, bardzo miło jest współuczestniczyć w tych, nie zawsze łatwych, ale niezwykle rozwijających chwilach.

Dyrektor sekcji zawodniczej Paweł Grela

Juniors Cup jest świetną okazją do sprawdzenia umiejętności w sportowej rywalizacji, tegoroczny turniej przebiegał w przyjaznej atmosferze i duchu fair play, wynik rywalizacji nie jest, aż tak ważny jak sam udział, a każdy z zawodników dzięki takiemu startowi nabiera cennego doświadczenia, oraz uzyskuje informację nad którym elementem jeszcze popracować 🙂

Trener Jakub Wojtaszek

Tegoroczny Mikołajkowy turniej Juniors CUP odsłonił nowe tenisowe perełki naszego klubu. Poziom naszych klubowiczów z roku na rok sukcesywnie idzie w górę, co jest dla nas świetną nowiną i znaczy też że system szkolenia w naszym klubie jest na właściwej drodze. Paru z uczestników przejawia predyspozycje do uprawiania dyscypliny na poziomie zawodowym.

Kierownik ds. challenge/ trener  Maciej Ochociński

Jako klub, jeszcze raz dziękujemy za liczne przybycie, zaangażowanie i wspólną zabawę!
Do zobaczenia za rok!

Od dzieciaka do profesjonalisty!

                                      0024329_tennis-trophy-cup-medals_600
Kariera zawodnika – czy warto? Dziś opiszemy jak jeden z naszych trenerów doszedł na szczyty drabinki turniejowej w Polsce, czyli przeszedł ścieżkę od dzieciaka do profesjonalisty. Poczytajcie o dyscyplinie życiowej zawodnika, jak to wygląda na co dzień, gdy jesteś PRO. A najważniejsze na koniec – czyli co każdy zawodnik zyskuje, bez względu na punkty na korcie. Dziś Maciek Ochociński o swoim doświadczeniu zawodniczym.

Zaczynając swoja przygodę w wieku 8 lat  z tenisem właściwie od razu wszystko było podporządkowane pod ten sport. Niestety nie ma tu żadnych kalkulacji. Trzeba wszystko postawić na jedna kartę.I tak było w moim przypadku. Trening rano, następnie szkoła sportowa i następny trening i tak w kółko. W taki rytm wszedłem już od dziesiątego roku życia, dołączając do tego, właściwie co dwa tygodnie wyjazd na turniej w Polscę jak i zagranicą img_7927

Wszystkie trudy i wyrzeczenia poszły w zapomnienie, w dniu w którym otrzymałem pierwsze powołanie do kadry narodowej. Duma, wiara w to, że wykonana praca przynosi efekty –to były bezcenne chwile. Zapamiętam je na całe życie. Uznanie wśród  kolegów również dodaje motywacji do dalszego działania. Następnie przyszło kolejne powołanie, tym razem do PZT Prokom Team’u, gdzie trenowaliśmy z cała śmietanką polskich zawodników. Byli Radwańska, Kubot, Przysiężny. To była ważna informacja i sygnał, że jestem na właściwej drodze. Kolejny sukces i etap to znalezienie się w 10 najlepszych tenistów w Polsce. Efekt ciężkiej pracy, ale dał mi tez dużą dawkę satysfakcji z osiągniętych wyników.Oczywiście nie samymi sukcesami człowiek żyje i trzeba mieć świadomość, że porażki są wkalkulowane  w ten sport. W zasadzie w każdy sport uprawiany na poziomie profesjonalnym i zawodniczym. Im szybciej pogodzimy się z porażkami, pomimo starań i wysiłków, tym łatwiej będzie osiągnąć pełen sukces.
rakieta

Będąc w krajowej czołówce, zawodnik ma wiele możliwości przed sobą: kariera zawodowa, studia w college’u w Stanach Zjednoczonych, bycie sparingpartnerem światowej klasy zawodniczek. Możliwości jest wiele i to jest wspaniałe. Każdy podejmuje własne decyzje i rozwija skrzydła, trzeba tylko znaleźć odpowiednią drogę. I tutaj Drodzy młodzi zawodnicy moja rada od starszego Kolegi – wierzcie w siebie, nie poddawajcie się i cały czas patrzcie naprzód a nie za siebie. Pamiętajcie – każda porażka uczy czegoś nowego, wystarczy tylko wyciągnąć odpowiednie wnioski!

Z pozdrowieniami dla wszystkich ambitnych

Maciek Ochociński – trener SPORTEUM TEAM

HISTORIA TENISA ZIEMNEGO CZ. I

 

Tenis ziemny to obecnie zdecydowanie najpopularniejszy sport indywidualny świata przyciągający bogatych sponsorów,chętnie oglądany przez miliony widzów na całym świecie. Najlepsi tenisiści i tenisistki mogą liczyć na lukratywne kontrakty reklamowe i są idolami młodych ludzi w swoich krajach. Nie trzeba w dzisiejszych czasach interesować się tenisem, żeby znać nazwiska Rogera Federera czy Marii Sharapovej. Sprzęt tenisowy w ostatnich latach znacząco staniał, przez co tenis stał się świetnym sportem dla ludzi w każdym wieku  Zanim tenis znalazł się w miejscu, w jakim znajduje się teraz i przestał być postrzegany jako sport zarezerwowany dla osób z wyższych sfer, przeszedł długą drogę od starożytnego Egiptu, przez francuskie klasztory, aż do wypełnionych po brzegi kortów na Wimbledonie.

Antyczne początki

Początków tenisa ziemnego historycy doszukali się w starożytnym Egipcie. O tym, że już w tamtych czasach popularna była gra polegająca na odbijaniu piłki dłonią, bądź innym przyrządem, mogą świadczyć rysunki umieszczone na murach starożytnych świątyń datowane na 1500 rok p.n.e. Wtedy był to jednak jedynie element religijnych ceremonii. Niektórzy historycy twierdzą również, że nazwa tenis wzięła się od starożytnej miejscowości Tennis nad Nilem, a słowo rakieta od arabskiego słowa „rahat” oznaczającego dłoń. Dalszych śladów gry o podobnych zasadach szukać należy w literaturze starożytnych Greków i Rzymian. Według historyków Grecy zapożyczyli tą grę właśnie od Egipcjan lub Persów i nazwali ją „sphairistike”, co można przetłumaczyć jako „gra piłką”.

Francuscy mnisi, czyli pierwsi tenisiści

Do centralnej Europy gra trafiła w średniowieczu wraz z najazdami Saracenów, którzy w VIII wieku dotarli do południowej Francji. Tutaj z kolei grą zainteresowali się chrześcijańscy mnisi i z czasem pojawiła się ona w klasztorach i na dworach w całej zachodniej Europie. Grę początkowo nazywano we Francji „La Soule”, a piłkę odbijano gołymi rękami lub za pomocą drewnianej pałki. Gra stała się tak popularna, że papież chciał jej zakazania. Zasady gry przez cały czas były modyfikowane i można uznać, że dopiero na przełomie XI i XII wieku gra zaczęła przypominać tenis ziemny znany nam obecnie. Od mnichów zasad gry nauczyli się bogaci arystokraci, którzy zaczęli zamieniać swoje dworne dziedzińce i sale w pałacach w korty do gry. Jako, że piłki początkowo były twarde, co prowadziło do częstych kontuzji u zawodników, zaczęto używać skórzanych rękawic, a następnie piłkę odbijano za pomocą drewnianych pacek, które stały się pierwszymi rakietami tenisowymi. Z czasem owe rakiety zaczęto wypełniać pergaminem, co doprowadziło do zniszczenia wielu cennych ksiąg. Sama piłka początkowo była drewniana, ale szybko odkryto, że lepszym pomysłem jest użycie piłki pokrytej skórą lub płótnem, a wypełnionej kolejno piórami, sierścią, piaskiem, wapnem, kawałkami ubrań i wełną. W 1480 roku z inicjatywy króla Ludwika XI powstał cech rzemieślników zajmujących się produkcją piłek odpowiedniej jakości oraz drewnianych rakiet. Po 1500 roku do odbijania piłki zaczęto używać rakiet z drewnianą ramą wypełnioną strunami produkowanymi z baranich jelit. Kształtem rakiety te przypominały rakiety stosowane obecnie. Piłkę odbijano od klasztornych ścian lub nad zawieszonym na środku sznurem. Grę zaczęto nazywać „Jeu De Paume”, co można przetłumaczyć jako „grę dłonią”.

Rozkwit tenisa i stworzenie obecnej punktacji

Według historyków, w XIII wieku było już ponad 1800 kortów rozsianych po całej Francji. Uważa się, że słowo tenis pochodzi od francuskiego czasownika „tenez” oznaczającego „trzymaj !”. Słowo to wykrzykiwali zawodnicy do swoich przeciwników podczas wprowadzania piłki do gry. Również za czasów „gry dłonią” pojawiła się charakterystyczna punktacja tenisowa. Początkowo każdy punkt liczono oddzielnie, bez żadnych podziałów na gemy oraz sety. Jako, że czasami zawodnicy grali po kilkanaście godzin, wyniki na koniec rozgrywki zaczęły być astronomiczne. To spowodowało, że zaczęto grać poszczególne partie do 24 wygranych gier, następnie do 12 i do 6 gier. Każda taka gra składała się na 4 wygrane punkty. Żeby jednak nie myliła się punktacja, w poszczególnych partiach i grach zaczęto kolejne punkty liczyć jako 15, 30, 45 i 60. Jedna teoria zakłada, że taki sposób liczenia punktów wiąże się ze wskazówkami na tarczy zegara, gdzie godzina dzieli się na cztery kwadranse. Druga bardziej prawdopodobna wersja wiąże się z hazardem, który był bardzo popularny w tamtych czasach. O końcowy wynik gry lubili się zakładać zarówno widzowie jak i sami gracze. Zazwyczaj podstawową stawką za grę był jeden denar, który z kolei dzielił się na 60 sous, a każda wygrana piłka była warta 15 sous. Na koniec dnia gracze rozliczali się i zamieniali wygrane partie na pieniądze. Jednym ze zwyczajów było również podawanie wyniku przez rozpoczynającego wymianę, przy czym najpierw podawał on swój dorobek w punktach. Żeby było krócej zamiast „45” wymawiano „40” i stąd prawdopodobnie pochodzi obecna punktacja 15-30-40 i gem. Jeżeli doszło do wyniku 40-40 to taki stan nazywano „deux”, co oznaczało stan równy i tak jak obecnie trzeba było wygrać dwie piłki z rzędu aby wygrać partię. Jako ciekawostkę możemy podać, że w 1316 roku po wyczerpującym spotkaniu w „Jeu De Paume” zmarł ówczesny król Francji Ludwik X. Mimo tego wypadku gra nie straciła nic na swojej popularności. Również na korcie życie stracił król Karol VIII w 1498 roku, uderzając głową o futrynę drzwi prowadzących na kort.

Z pałacowych komnat na angielską trawę

Gra naturalną koleją rzeczy trafiła również do Anglii i znalazła entuzjastów w osobach królów : Henryka VII i Henryka VIII, którzy zlecili budowę nowych kortów. Jeden z nich, zbudowany w 1625 roku i mieszczący się w pałacu Hampton Court istnieje do dzisiaj i jest to jeden z jedynych zachowanych kortów z tamtych czasów. Zazwyczaj na każdym dworze panowały trochę inne zasady gry, a korty różniły się od siebie wymiarami. Grę z racji tego, że była przywilejem królów i arystokratów zaczęto nazywać „real tennis” lub „royal tennis” czyli „królewski tenis”. Obecnie jest nie więcej jak kilkaset graczy grających na podobnych zasadach i około 45 kortów, wszystkie w Wielkiej Brytanii, Francji, USA i Australii.

Z czasem „gra dłonią” stopniowo traciła na popularności i przyczyniła się do tego głównie francuska rewolucja, która chciała obalić wszystko, co związane było z królem. Wydarzenia te zahamowały rozwój dyscypliny na kilkadziesiąt lat. Wszystko odmienił dopiero Amerykanin Charles Goodyear w 1839 roku. Wynalazł on proces wulkanizacji gumy, który sprawił że materiał ten stał się bardziej sprężysty, a środek piłki mogło wypełniać samo powietrze, przez co odbijała się ona wyżej od nawierzchni. Nieco później, bo w 1847 roku Brytyjczyk John Heathcote wynalazł do pokrycia piłki, powszechnie przyjętą białą włochatą tkaninę. Piłka z tamtych czasów przypominała wyglądem obecną piłkę do gry w baseball. Oba wynalazki natchnęły entuzjastów tenisa do przetestowania gry na trawiastej nawierzchni oraz na otwartej przestrzeni. To z kolei wymusiło, z racji braku ścian otaczających pole gry, do sformułowania kilku nowych zasad. Rakiety tenisowe w dalszym ciągu były drewniane i naciągane fabrycznie. Metalowe rakiety pojawiły się dopiero w 1967 roku dzięki firmie Wilson. Ich wynalazcą był jednak Francuz Rene Lacoste, były znakomity tenisista, a także założyciel znanej firmy odzieżowej „Lacoste”. Obecnie rakiety produkuje się z rozmaitych tworzyw sztucznych na bazie włókna węglowego i grafitu, które są dużo lżejsze od swoich metalowych poprzedniczek i lepiej tłumią drgania. Pierwsze tego typu rakiety pojawiły się w 1976 roku, dzięki pomysłowości Amerykanina Howarda Heada.

Ciąg dalszy już za tydzień!

Autor : Goget (Tennisbios.com)

Zajęcia szkółki tenisowej dla dzieci

Zapisujemy dziecko na zajęcia szkółki tenisowej i co dalej?

Wcielmy się w rodzica zapisującego dziecko na zajęcia tenisowe. Udajemy się na pierwszy trening naszej pociechy i widzimy osobnika wyrastającego ponad grupę. Ten osobnik to trener. Skąd wiemy, czy ów człowiek, od którego zależy dalsza tenisowa kariera naszego dziecka, jest odpowiednim wyborem? Po uścisku dłoni, pierwszym kontakcie wzrokowym?  – Niekoniecznie, choć jakieś – marginalne – znaczenie na pewno te rzeczy mają. Siadamy i obserwujemy.

Na pewno trener powinien mieć dostateczne techniczne umiejętności tenisowe. Na kursie instruktorskim, na których sam zdobywałem uprawnienia większość adeptów, mówiąc delikatnie – było z techniką na bakier. Wszyscy jednak o dziwo zaliczyli ów kurs. Na całe szczęście nie spotkałem później na żadnych kortach tych „kolegów” uczących innych – może sami uznali, że nie jest to ich powołanie. Jest też duża szansa, że to dlatego, iż dobre kluby przed przyjęciem do pracy prowadzą stosowną selekcję. Unikać więc na pewno należy trenerów niezrzeszonych, ogłaszających się samodzielnie. Szczególnie, że ich usługi nie są specjalnie tańsze a czasem wręcz droższe (powód: klub nie dostarcza im klientów i dlatego przy niewielkiej ilości godzin, żeby wyjść „na swoje”, podnoszą stawki ).

Jak rodzic nie potrafiący grać ma rozpoznać czy ktoś sensownie odbija? Ruchy trenera powinny choć trochę przypominać ruchy tenisistów z Eurosportu. Czyli? Czyli powinny być: płynne, pewne i luźne zarazem – to takie główne czynniki. Jest to podstawa, dlatego bo – po pierwsze: takiej techniki prowadzący będzie uczył kursantów. Po drugie i może ważniejsze – dziecko uczy się poprzez naśladowanie dorosłego autorytetu.

No, ale dobry gracz nie zawsze będzie dobrym trenerem. No to obserwujemy dalej. Kontakt z dziećmi to także bardzo istotna sprawa. Tylko uwaga: trener nie musi robić z siebie klauna, zagadywać co chwilę, uśmiechać się bezsensownie i głaskać wszystkich po głowach. Historie najlepszych na świecie pokazują, że skuteczny nawet od najmłodszych zawodniczych lat potrafił być tata czy wujek tyran. Nie brnijmy jednak w skrajności. Ludzki, rzeczowy kontakt, naturalny dla danego typu człowiek wystarczy. Jeśli trener podczas zajęć zbyt często nie myśli o niebieskich migdałach jest ok.

Co jeszcze istotne – nie skreślajmy trenera po pierwszym razie, gdy z jakiegoś powodu nie przypadł nam do gustu, bo np. przypomina kogoś kogo nie lubię albo nie porozmawiał z nami dostatecznie długo po zajęciach. Dajmy trenerowi szansę. Może zwyczajnie ma zły dzień lub specyficzny styl bycia, do którego można się przyzwyczaić a który nie będzie miał negatywnego wpływu na szkolenie. W przeciwnym razie nasze poszukiwania mogą się skończyć bieganiem od trenera do trenera i ogólną frustracją  tematem. Nie ma też co się martwić, że kilka lekcji ze „złym” instruktorem spowoduje jakieś nieodwracalne straty. Szczególnie, że w młodym wieku zajęcia w dużej mierze polegają na zabawie i oswajaniu się z tą dyscypliną. Śmiało więc można cierpliwie popatrzeć i na chłodno ocenić instruktora. Myślę, że poza technicznymi aspektami gry, kompetencję trenera rodzic powinien oceniać INTUICYJNIE, mając jednak dane z obserwacji przynajmniej kilku lekcji.

 

P.S. Jeśli już jesteśmy w dużej mierze przekonani, że ten trener to TEN trener – nie musimy siedzieć podczas treningu cały czas na kortach i patrzeć czy w danej sekundzie nasza pociecha zrobiła akurat postęp. Dziecko zamiast skupiać się na zadaniu patrzy się po każdym uderzeniu na rodzica, a i nawet podczas uderzenia potrafi zerkać. Z obserwacji, jak również i własnego doświadczenia wiem też, że trener (nawet podświadomie) robi wtedy pokaz przed rodzicem. Wygłasza częste mowy, przeładowując dzieci wskazówkami, zamiast skupić się na celu danej lekcji i harmonijnym jej przeprowadzeniu. To zachowanie potęguje jeszcze znamienny nieprzenikniony wyraz twarzy rodzica, z którego „za Chiny” nie da się wyczytać czy dane zajęcia mu się podobają i czy dobrze ocenia naszą pracę. A wynika on z tego, że ów rodzic jest tak wpatrzony w to jak odbija i jak się zachowuje tylko jedna osoba na korcie – jego dziecko. Ogólny obraz zajęć, który tak bardzo interesuje trenera, rodziców najprawdopodobniej interesuje mniej więcej tak, jak przeciętnego Kowalskiego suwerenność Tybetu, czyli…wcale. Nie każdy jednak trener zdaje sobie sprawę z prawdziwego powodu skupionej a przez co wyglądającej na niezadowoloną miny rodzica. Uważa, że to reakcja na niski poziom animacji i małą atrakcyjności własnej osoby, więc na siłę próbuje to naprawić i zwrócić na siebie większą uwagę. Dlatego najlepiej jeśli rodzic po kilku pierwszych zajęciach nieco odpuścić kontrolowanie a następnie odwiedzać będzie kort co kilka zajęć. Będzie to miła odmiana dla dziecka a jego postępy wyraźniej widoczne.

 

Podsumujmy na koniec główne cechy odpowiedniego trenera w rodzicielskich oczach:

– dobra technika gry,

– wyważony i odpowiedni do wieku kontakt z uczestnikami zajęć,

– pewna postawa, skoncentrowana na założeniach szkoleniowych,

– sensowny pomysł na zajęcia

Autor. Tomek Gąska, Trener Klubu Sporteum