Od dzieciaka do profesjonalisty!

                                      0024329_tennis-trophy-cup-medals_600
Kariera zawodnika – czy warto? Dziś opiszemy jak jeden z naszych trenerów doszedł na szczyty drabinki turniejowej w Polsce, czyli przeszedł ścieżkę od dzieciaka do profesjonalisty. Poczytajcie o dyscyplinie życiowej zawodnika, jak to wygląda na co dzień, gdy jesteś PRO. A najważniejsze na koniec – czyli co każdy zawodnik zyskuje, bez względu na punkty na korcie. Dziś Maciek Ochociński o swoim doświadczeniu zawodniczym.

Zaczynając swoja przygodę w wieku 8 lat  z tenisem właściwie od razu wszystko było podporządkowane pod ten sport. Niestety nie ma tu żadnych kalkulacji. Trzeba wszystko postawić na jedna kartę.I tak było w moim przypadku. Trening rano, następnie szkoła sportowa i następny trening i tak w kółko. W taki rytm wszedłem już od dziesiątego roku życia, dołączając do tego, właściwie co dwa tygodnie wyjazd na turniej w Polscę jak i zagranicą img_7927

Wszystkie trudy i wyrzeczenia poszły w zapomnienie, w dniu w którym otrzymałem pierwsze powołanie do kadry narodowej. Duma, wiara w to, że wykonana praca przynosi efekty –to były bezcenne chwile. Zapamiętam je na całe życie. Uznanie wśród  kolegów również dodaje motywacji do dalszego działania. Następnie przyszło kolejne powołanie, tym razem do PZT Prokom Team’u, gdzie trenowaliśmy z cała śmietanką polskich zawodników. Byli Radwańska, Kubot, Przysiężny. To była ważna informacja i sygnał, że jestem na właściwej drodze. Kolejny sukces i etap to znalezienie się w 10 najlepszych tenistów w Polsce. Efekt ciężkiej pracy, ale dał mi tez dużą dawkę satysfakcji z osiągniętych wyników.Oczywiście nie samymi sukcesami człowiek żyje i trzeba mieć świadomość, że porażki są wkalkulowane  w ten sport. W zasadzie w każdy sport uprawiany na poziomie profesjonalnym i zawodniczym. Im szybciej pogodzimy się z porażkami, pomimo starań i wysiłków, tym łatwiej będzie osiągnąć pełen sukces.
rakieta

Będąc w krajowej czołówce, zawodnik ma wiele możliwości przed sobą: kariera zawodowa, studia w college’u w Stanach Zjednoczonych, bycie sparingpartnerem światowej klasy zawodniczek. Możliwości jest wiele i to jest wspaniałe. Każdy podejmuje własne decyzje i rozwija skrzydła, trzeba tylko znaleźć odpowiednią drogę. I tutaj Drodzy młodzi zawodnicy moja rada od starszego Kolegi – wierzcie w siebie, nie poddawajcie się i cały czas patrzcie naprzód a nie za siebie. Pamiętajcie – każda porażka uczy czegoś nowego, wystarczy tylko wyciągnąć odpowiednie wnioski!

Z pozdrowieniami dla wszystkich ambitnych

Maciek Ochociński – trener SPORTEUM TEAM

Reklamy

HISTORIA TENISA ZIEMNEGO CZ. I

 

Tenis ziemny to obecnie zdecydowanie najpopularniejszy sport indywidualny świata przyciągający bogatych sponsorów,chętnie oglądany przez miliony widzów na całym świecie. Najlepsi tenisiści i tenisistki mogą liczyć na lukratywne kontrakty reklamowe i są idolami młodych ludzi w swoich krajach. Nie trzeba w dzisiejszych czasach interesować się tenisem, żeby znać nazwiska Rogera Federera czy Marii Sharapovej. Sprzęt tenisowy w ostatnich latach znacząco staniał, przez co tenis stał się świetnym sportem dla ludzi w każdym wieku  Zanim tenis znalazł się w miejscu, w jakim znajduje się teraz i przestał być postrzegany jako sport zarezerwowany dla osób z wyższych sfer, przeszedł długą drogę od starożytnego Egiptu, przez francuskie klasztory, aż do wypełnionych po brzegi kortów na Wimbledonie.

Antyczne początki

Początków tenisa ziemnego historycy doszukali się w starożytnym Egipcie. O tym, że już w tamtych czasach popularna była gra polegająca na odbijaniu piłki dłonią, bądź innym przyrządem, mogą świadczyć rysunki umieszczone na murach starożytnych świątyń datowane na 1500 rok p.n.e. Wtedy był to jednak jedynie element religijnych ceremonii. Niektórzy historycy twierdzą również, że nazwa tenis wzięła się od starożytnej miejscowości Tennis nad Nilem, a słowo rakieta od arabskiego słowa „rahat” oznaczającego dłoń. Dalszych śladów gry o podobnych zasadach szukać należy w literaturze starożytnych Greków i Rzymian. Według historyków Grecy zapożyczyli tą grę właśnie od Egipcjan lub Persów i nazwali ją „sphairistike”, co można przetłumaczyć jako „gra piłką”.

Francuscy mnisi, czyli pierwsi tenisiści

Do centralnej Europy gra trafiła w średniowieczu wraz z najazdami Saracenów, którzy w VIII wieku dotarli do południowej Francji. Tutaj z kolei grą zainteresowali się chrześcijańscy mnisi i z czasem pojawiła się ona w klasztorach i na dworach w całej zachodniej Europie. Grę początkowo nazywano we Francji „La Soule”, a piłkę odbijano gołymi rękami lub za pomocą drewnianej pałki. Gra stała się tak popularna, że papież chciał jej zakazania. Zasady gry przez cały czas były modyfikowane i można uznać, że dopiero na przełomie XI i XII wieku gra zaczęła przypominać tenis ziemny znany nam obecnie. Od mnichów zasad gry nauczyli się bogaci arystokraci, którzy zaczęli zamieniać swoje dworne dziedzińce i sale w pałacach w korty do gry. Jako, że piłki początkowo były twarde, co prowadziło do częstych kontuzji u zawodników, zaczęto używać skórzanych rękawic, a następnie piłkę odbijano za pomocą drewnianych pacek, które stały się pierwszymi rakietami tenisowymi. Z czasem owe rakiety zaczęto wypełniać pergaminem, co doprowadziło do zniszczenia wielu cennych ksiąg. Sama piłka początkowo była drewniana, ale szybko odkryto, że lepszym pomysłem jest użycie piłki pokrytej skórą lub płótnem, a wypełnionej kolejno piórami, sierścią, piaskiem, wapnem, kawałkami ubrań i wełną. W 1480 roku z inicjatywy króla Ludwika XI powstał cech rzemieślników zajmujących się produkcją piłek odpowiedniej jakości oraz drewnianych rakiet. Po 1500 roku do odbijania piłki zaczęto używać rakiet z drewnianą ramą wypełnioną strunami produkowanymi z baranich jelit. Kształtem rakiety te przypominały rakiety stosowane obecnie. Piłkę odbijano od klasztornych ścian lub nad zawieszonym na środku sznurem. Grę zaczęto nazywać „Jeu De Paume”, co można przetłumaczyć jako „grę dłonią”.

Rozkwit tenisa i stworzenie obecnej punktacji

Według historyków, w XIII wieku było już ponad 1800 kortów rozsianych po całej Francji. Uważa się, że słowo tenis pochodzi od francuskiego czasownika „tenez” oznaczającego „trzymaj !”. Słowo to wykrzykiwali zawodnicy do swoich przeciwników podczas wprowadzania piłki do gry. Również za czasów „gry dłonią” pojawiła się charakterystyczna punktacja tenisowa. Początkowo każdy punkt liczono oddzielnie, bez żadnych podziałów na gemy oraz sety. Jako, że czasami zawodnicy grali po kilkanaście godzin, wyniki na koniec rozgrywki zaczęły być astronomiczne. To spowodowało, że zaczęto grać poszczególne partie do 24 wygranych gier, następnie do 12 i do 6 gier. Każda taka gra składała się na 4 wygrane punkty. Żeby jednak nie myliła się punktacja, w poszczególnych partiach i grach zaczęto kolejne punkty liczyć jako 15, 30, 45 i 60. Jedna teoria zakłada, że taki sposób liczenia punktów wiąże się ze wskazówkami na tarczy zegara, gdzie godzina dzieli się na cztery kwadranse. Druga bardziej prawdopodobna wersja wiąże się z hazardem, który był bardzo popularny w tamtych czasach. O końcowy wynik gry lubili się zakładać zarówno widzowie jak i sami gracze. Zazwyczaj podstawową stawką za grę był jeden denar, który z kolei dzielił się na 60 sous, a każda wygrana piłka była warta 15 sous. Na koniec dnia gracze rozliczali się i zamieniali wygrane partie na pieniądze. Jednym ze zwyczajów było również podawanie wyniku przez rozpoczynającego wymianę, przy czym najpierw podawał on swój dorobek w punktach. Żeby było krócej zamiast „45” wymawiano „40” i stąd prawdopodobnie pochodzi obecna punktacja 15-30-40 i gem. Jeżeli doszło do wyniku 40-40 to taki stan nazywano „deux”, co oznaczało stan równy i tak jak obecnie trzeba było wygrać dwie piłki z rzędu aby wygrać partię. Jako ciekawostkę możemy podać, że w 1316 roku po wyczerpującym spotkaniu w „Jeu De Paume” zmarł ówczesny król Francji Ludwik X. Mimo tego wypadku gra nie straciła nic na swojej popularności. Również na korcie życie stracił król Karol VIII w 1498 roku, uderzając głową o futrynę drzwi prowadzących na kort.

Z pałacowych komnat na angielską trawę

Gra naturalną koleją rzeczy trafiła również do Anglii i znalazła entuzjastów w osobach królów : Henryka VII i Henryka VIII, którzy zlecili budowę nowych kortów. Jeden z nich, zbudowany w 1625 roku i mieszczący się w pałacu Hampton Court istnieje do dzisiaj i jest to jeden z jedynych zachowanych kortów z tamtych czasów. Zazwyczaj na każdym dworze panowały trochę inne zasady gry, a korty różniły się od siebie wymiarami. Grę z racji tego, że była przywilejem królów i arystokratów zaczęto nazywać „real tennis” lub „royal tennis” czyli „królewski tenis”. Obecnie jest nie więcej jak kilkaset graczy grających na podobnych zasadach i około 45 kortów, wszystkie w Wielkiej Brytanii, Francji, USA i Australii.

Z czasem „gra dłonią” stopniowo traciła na popularności i przyczyniła się do tego głównie francuska rewolucja, która chciała obalić wszystko, co związane było z królem. Wydarzenia te zahamowały rozwój dyscypliny na kilkadziesiąt lat. Wszystko odmienił dopiero Amerykanin Charles Goodyear w 1839 roku. Wynalazł on proces wulkanizacji gumy, który sprawił że materiał ten stał się bardziej sprężysty, a środek piłki mogło wypełniać samo powietrze, przez co odbijała się ona wyżej od nawierzchni. Nieco później, bo w 1847 roku Brytyjczyk John Heathcote wynalazł do pokrycia piłki, powszechnie przyjętą białą włochatą tkaninę. Piłka z tamtych czasów przypominała wyglądem obecną piłkę do gry w baseball. Oba wynalazki natchnęły entuzjastów tenisa do przetestowania gry na trawiastej nawierzchni oraz na otwartej przestrzeni. To z kolei wymusiło, z racji braku ścian otaczających pole gry, do sformułowania kilku nowych zasad. Rakiety tenisowe w dalszym ciągu były drewniane i naciągane fabrycznie. Metalowe rakiety pojawiły się dopiero w 1967 roku dzięki firmie Wilson. Ich wynalazcą był jednak Francuz Rene Lacoste, były znakomity tenisista, a także założyciel znanej firmy odzieżowej „Lacoste”. Obecnie rakiety produkuje się z rozmaitych tworzyw sztucznych na bazie włókna węglowego i grafitu, które są dużo lżejsze od swoich metalowych poprzedniczek i lepiej tłumią drgania. Pierwsze tego typu rakiety pojawiły się w 1976 roku, dzięki pomysłowości Amerykanina Howarda Heada.

Ciąg dalszy już za tydzień!

Autor : Goget (Tennisbios.com)

Zajęcia szkółki tenisowej dla dzieci

Zapisujemy dziecko na zajęcia szkółki tenisowej i co dalej?

Wcielmy się w rodzica zapisującego dziecko na zajęcia tenisowe. Udajemy się na pierwszy trening naszej pociechy i widzimy osobnika wyrastającego ponad grupę. Ten osobnik to trener. Skąd wiemy, czy ów człowiek, od którego zależy dalsza tenisowa kariera naszego dziecka, jest odpowiednim wyborem? Po uścisku dłoni, pierwszym kontakcie wzrokowym?  – Niekoniecznie, choć jakieś – marginalne – znaczenie na pewno te rzeczy mają. Siadamy i obserwujemy.

Na pewno trener powinien mieć dostateczne techniczne umiejętności tenisowe. Na kursie instruktorskim, na których sam zdobywałem uprawnienia większość adeptów, mówiąc delikatnie – było z techniką na bakier. Wszyscy jednak o dziwo zaliczyli ów kurs. Na całe szczęście nie spotkałem później na żadnych kortach tych „kolegów” uczących innych – może sami uznali, że nie jest to ich powołanie. Jest też duża szansa, że to dlatego, iż dobre kluby przed przyjęciem do pracy prowadzą stosowną selekcję. Unikać więc na pewno należy trenerów niezrzeszonych, ogłaszających się samodzielnie. Szczególnie, że ich usługi nie są specjalnie tańsze a czasem wręcz droższe (powód: klub nie dostarcza im klientów i dlatego przy niewielkiej ilości godzin, żeby wyjść „na swoje”, podnoszą stawki ).

Jak rodzic nie potrafiący grać ma rozpoznać czy ktoś sensownie odbija? Ruchy trenera powinny choć trochę przypominać ruchy tenisistów z Eurosportu. Czyli? Czyli powinny być: płynne, pewne i luźne zarazem – to takie główne czynniki. Jest to podstawa, dlatego bo – po pierwsze: takiej techniki prowadzący będzie uczył kursantów. Po drugie i może ważniejsze – dziecko uczy się poprzez naśladowanie dorosłego autorytetu.

No, ale dobry gracz nie zawsze będzie dobrym trenerem. No to obserwujemy dalej. Kontakt z dziećmi to także bardzo istotna sprawa. Tylko uwaga: trener nie musi robić z siebie klauna, zagadywać co chwilę, uśmiechać się bezsensownie i głaskać wszystkich po głowach. Historie najlepszych na świecie pokazują, że skuteczny nawet od najmłodszych zawodniczych lat potrafił być tata czy wujek tyran. Nie brnijmy jednak w skrajności. Ludzki, rzeczowy kontakt, naturalny dla danego typu człowiek wystarczy. Jeśli trener podczas zajęć zbyt często nie myśli o niebieskich migdałach jest ok.

Co jeszcze istotne – nie skreślajmy trenera po pierwszym razie, gdy z jakiegoś powodu nie przypadł nam do gustu, bo np. przypomina kogoś kogo nie lubię albo nie porozmawiał z nami dostatecznie długo po zajęciach. Dajmy trenerowi szansę. Może zwyczajnie ma zły dzień lub specyficzny styl bycia, do którego można się przyzwyczaić a który nie będzie miał negatywnego wpływu na szkolenie. W przeciwnym razie nasze poszukiwania mogą się skończyć bieganiem od trenera do trenera i ogólną frustracją  tematem. Nie ma też co się martwić, że kilka lekcji ze „złym” instruktorem spowoduje jakieś nieodwracalne straty. Szczególnie, że w młodym wieku zajęcia w dużej mierze polegają na zabawie i oswajaniu się z tą dyscypliną. Śmiało więc można cierpliwie popatrzeć i na chłodno ocenić instruktora. Myślę, że poza technicznymi aspektami gry, kompetencję trenera rodzic powinien oceniać INTUICYJNIE, mając jednak dane z obserwacji przynajmniej kilku lekcji.

 

P.S. Jeśli już jesteśmy w dużej mierze przekonani, że ten trener to TEN trener – nie musimy siedzieć podczas treningu cały czas na kortach i patrzeć czy w danej sekundzie nasza pociecha zrobiła akurat postęp. Dziecko zamiast skupiać się na zadaniu patrzy się po każdym uderzeniu na rodzica, a i nawet podczas uderzenia potrafi zerkać. Z obserwacji, jak również i własnego doświadczenia wiem też, że trener (nawet podświadomie) robi wtedy pokaz przed rodzicem. Wygłasza częste mowy, przeładowując dzieci wskazówkami, zamiast skupić się na celu danej lekcji i harmonijnym jej przeprowadzeniu. To zachowanie potęguje jeszcze znamienny nieprzenikniony wyraz twarzy rodzica, z którego „za Chiny” nie da się wyczytać czy dane zajęcia mu się podobają i czy dobrze ocenia naszą pracę. A wynika on z tego, że ów rodzic jest tak wpatrzony w to jak odbija i jak się zachowuje tylko jedna osoba na korcie – jego dziecko. Ogólny obraz zajęć, który tak bardzo interesuje trenera, rodziców najprawdopodobniej interesuje mniej więcej tak, jak przeciętnego Kowalskiego suwerenność Tybetu, czyli…wcale. Nie każdy jednak trener zdaje sobie sprawę z prawdziwego powodu skupionej a przez co wyglądającej na niezadowoloną miny rodzica. Uważa, że to reakcja na niski poziom animacji i małą atrakcyjności własnej osoby, więc na siłę próbuje to naprawić i zwrócić na siebie większą uwagę. Dlatego najlepiej jeśli rodzic po kilku pierwszych zajęciach nieco odpuścić kontrolowanie a następnie odwiedzać będzie kort co kilka zajęć. Będzie to miła odmiana dla dziecka a jego postępy wyraźniej widoczne.

 

Podsumujmy na koniec główne cechy odpowiedniego trenera w rodzicielskich oczach:

– dobra technika gry,

– wyważony i odpowiedni do wieku kontakt z uczestnikami zajęć,

– pewna postawa, skoncentrowana na założeniach szkoleniowych,

– sensowny pomysł na zajęcia

Autor. Tomek Gąska, Trener Klubu Sporteum

WYCHOWANIE MAŁEGO SPORTOWCA – JAK POWINNO PRZEBIEGAĆ, NA CO NALEŻY ZWRÓCIĆ SZCZEGÓLNĄ UWAGE?

 

Każdy rodzic wie,  że sport uczy wytrwałości i ciężkiej pracy. Sport wspaniale wpływa również na rozwój intelektualny dziecka. Treningi, wyjazdy na obozy pozwalają dziecku  poznawać nowych ludzi, zdobywać przyjaźnie i rozwijać samodzielność. Sport uczy właściwego zachowania się i pracy w grupie.

Żeby jednak powyższe elementy zadziałały, ważne jest to, aby dziecko nie było przez rodziców zmuszane do uprawiania sportu. Musimy mieć świadomość, że nasze niespełnione ambicje lub  marzenia nie mogą być przyczyną popychania dziecka w kierunku sportu, ponieważ nie każde dziecko ma ku temu predyspozycje a najlepsze wyniki osiągają tylko wybitne i wytrwałe jednostki.

Jeśli nasze dziecko ma ambicje sportowe i wybrało już dyscyplinę sportu ważne jest zapewnienie mu emocjonalnego wsparcia. Należy czasem pójść  z dzieckiem na trening, brać udział w zawodach, znać zasady dyscypliny uprawianej przez nasza pociechę, interesować się na bieżąco jego postępami i  rozmawiać z nim na ten temat. Rodzic małego sportowca musi mieć zdrowe i realistyczne oczekiwania w stosunku do swojego dziecka. Powinien też  umieć wspierać dziecko, gdy ponosi porażki i chwalić, gdy odnosi sukcesy. Oprócz sportu młody człowiek ma też swoje obowiązki oraz przyjemności. Należy w sposób mądry planować i równoważyć dziecku czas potrzebny na treningi, naukę, kontakty z rówieśnikami i odpoczynek.

Magda Dąbkowska, mama Maćka, zawodnika Klubu Narciarskiego  SPORTEUM Racing Team

JAKIM POKUSOM ULEGAJĄ MALI SPORTOWCY – JAK ICH PRZED NIMI CHRONIĆ?

Z naszego doświadczenia wynika, że mamy kilka pokus. Jedną z nich jest myśl: „Jestem najlepszy” – czyli brak samokrytyki, a co tym idzie uprawianie sportu w sposób niekoniecznie zgodny z planem treningowym i zaleceniami trenera. Często zdarza się to dzieciom już po pierwszych sukcesach. Dopiero poważna porażka powoduje reakcje. Dlatego bardzo ważna jest współpraca trenersko- rodzicielska, aby rozładować stres dziecka i ustawić je na „odpowiednich torach”.
Kolejną pułapką może być przekonanie, że ” kolega jest lepszy, bo ma lepsze buty, cieńsze spodnie, bardziej kolorową koszulkę”. To do rodziców należy  uświadomienie dziecku, że to nie sprzęt jest najważniejszy, sprzęt tylko pomaga osiągnąć wynik.
Aby te wyniki były satysfakcjonujące musimy pomóc zrozumieć małym sportowcom jak ważna jest odpowiednia dieta – prawidłowo zbilansowane posiłki dostarczające nie tylko energii,  ale również odpowiedniej ilości witamin i minerałów bilansujacych braki powysiłkowe.
Na szczęście u dzieci rzadko mamy do czynienia z dopingującymi substancjami chemicznymi, co nie zwalnia nas, rodziców o opowiadaniu naszym pociechom o ich szkodliwości.

Magda Dąbkowska, mama Maćka, zawodnika Klubu Narciarskiego  SPORTEUM Racing Team

Jak przygotować dziecko do sportowej rywalizacji: wychowywać zwycięzcę czy uczyć je przygrywać?

Rywalizacja oraz chęć wygrania w młodym wieku jest pożądana przez początkujących zawodników w każdej dyscyplinie sportu. Niestety, osiąganie najlepszych wyników we wszystkich zawodach na poziomie zawodniczym nie zawsze jest możliwe. Dlatego tak ważne jest indywidualne podejście w treningu zawodniczym, z czym wiąże się praca trenera i rodziców. Każde dziecko inaczej przeżywa chwile przed startem w zawodach. I tu należy pomóc. Niektórzy zawodnicy bywają tak bardzo podenerwowani, że stres uniemożliwia im wykorzystania swego potencjału i umiejętności zdobytych podczas treningów. A to bardzo ważne, by stres przekuć na koncentrację i sukces. Jest też grupa młodych zawodników, którzy do zawodów podchodzą ze spokojem i chcą mieć tę chwilę szybko za sobą,  nie zawsze wierząc w zwycięstwo.  Z naszego doświadczenia wynika, że sztuką jest zrównoważyć te dwa podejścia zawodnicze, połączyć  je z systematycznym udziałem w zawodach i wyciągnąć to co najlepsze – czyli pozytywny stres, koncentracja i wykorzystanie potencjału. Przy tak zrównoważonym podejściu do zawodów i rywalizacji, można oczekiwać sukcesów.

Przegrywanie jest nieodłącznym elementem rywalizacji. Porażka zdarza się często, bez względu na poziom zaawansowania, nawet najlepszym. Trzeba pomóc dziecku uodpornić się na stres przegranej, wyjaśnić, motywować do dalszej pracy, pomóc uwierzyć w siebie. Gdy dziecko poczuje swą wartość, bez względu na porażki, i będzie dalej kontynuować treningi z determinacją, w pewnym momencie osiągnie swój cel. Jaka w tym wszystkim rola trenera i rodzica?  –  wychowywać zawodnika, przygotować do sukcesów i porażek, nauczyć wyznaczać cele i wykorzystywać doświadczenia. Ważne, by nie zapomnieć, że szykujemy młodego człowieka nie tylko do zawodów sportowych, ale przede wszystkim do życia.  Dlatego przekazujemy wartości zdrowej rywalizacji oraz zasady fair play.

Bartek Słowiński, Trener narciarstwa w klubie SPORTEUM.
Jakie są najczęstsze błędy dotyczące wychowania zawodowego narciarza popełniane przez rodziców?

Każdy rodzic pragnie, by jego dziecko osiągnęło sukces, w czymkolwiek ten sukces ma się objawić. Jest to jak najbardziej naturalne i właściwe oczekiwanie i pragnienie rodzicielskie. Niebezpieczne jednak staje się wtedy, gdy swą postawą rodzice wymuszają same sukcesy, wywierają na dziecku zbyt dużą presje, gdy poprzeczka ustawiona jest zbyt wysoko, jak na możliwości dziecka w danej dyscyplinie. Takie podejście może uśpić zapał, może zniechęcić i odebrać radość uprawiania danej dyscypliny i współzawodnictwa, które jest esencją sportu. Zatem doradzamy, by delikatnie wspierać dziecko w jego ambicjach sportowych i nie wywierać presji. Raczej towarzyszyć niż zmuszać, czy usilnie zachęcać i namawiać. Inną niekorzystną postawą rodziców jest odwrotne nastawienie, czyli obojętność względem porażek czy sukcesów dziecka. Myślę tu o nie okazywaniu wsparcia, braku dostarczania motywujących zachęt (ale nie zmuszających ani wymuszających). Przemyślany sposób motywowania (najlepiej opracowany wspólnie z trenerem), dodawanie otuchy i wspieranie w trudnych chwilach zniechęcenia lub porażki pełnią bardzo ważną funkcję w wychowaniu zawodnika. Zachęcamy rodziców zawodników do stosowania pozytywnych bodźców zamiast negatywnych. Najlepsze wyniki w wychowaniu i treningach osiągniemy poprzez nagradzanie pozytywnych zachowań i wspieranie w trudnych momentach a nie poprzez karanie negatywnych zachowań lub porażek.

Ewa Stępniak, Psycholog, Team Lider Klubu Narciarskiego i sekcji zawodniczej SPORTEUM Racing Team

 

 

Moja droga narciarska, czyli dlaczego chcesz aby Twoje dziecko trenowało narciarstwo alpejskie? – Jeden z czołowych trenerów narciarstwa w klubie opowiada o swej przygodzie z nartami… od przedszkola do Pucharu Świata

Moja droga narciarska, czyli dlaczego chcesz aby Twoje dziecko trenowało narciarstwo alpejskie?

Przygodę z narciarstwem zacząłem od… jazdy na sankach. Gdy tylko nauczyłem się chodzić, pojechałem z moim tatą, instruktorem narciarstwa z ponad 20-letnim doświadczeniem, na pierwszy wyjazd narciarski do Szczyrku. Z relacji rodziców wiem, że jakiekolwiek próby przekonania mnie do spróbowania narciarstwa spełzły na niczym, a od pierwszych kroków na nartach zdecydowanie wolałem jazdę na sankach. Jak łatwo się domyślić, tata nie tak wyobrażał sobie ten wyjazd. Na szczęście, ostatniego dnia pobytu w górach, trwające 6 dni negocjacje przyniosły efekt i w końcu założyłem swoje pierwsze narty – żółte polsporty. Zestaw uzupełniały: 3 numery za duże czerwone buty, żółte ocieplane spodnie, kurtka po starszym kuzynie i 15 cm za długie kije. Następne 2 sezony spędzałem na wyjazdach z rodzicami, przekonując się coraz bardziej do narciarstwa image001wa.

(archiwum prywatne)

Kiedy opanowałem już podstawy takie jak samodzielne zatrzymywanie się czy jazda na wyciągu rodzice zapisali mnie do szkółki narciarskiej klubu DESKI. Jako zawodnik spędziłem tam ponad 10 lat. Miałem okazję zgłębiać tajniki narciarstwa pod okiem wybitnych trenerów – Ludwika Majlerta, Andrzej Łodzińskiego czy Janusza Pawlika.

Szybko trafiłem do grupy sportowej, gdzie uczyłem się techniki slalomu i slalomu giganta. W 1998 roku wystartowałem w pierwszych zawodach Ligi narciarskiej, organizowanej przez Polski Związek Narciarski. Niewiele pamiętam z pierwszych startów, poza tym, że do czołówki zawsze sporo mi brakowało. Konsekwentna praca na treningach przyniosła jednak efekty. Ostatni sezon startów w Lidze to już regularne miejsca w pierwszej dziesiątce.
image002

(archiwum prywatne)

Wiek młodzieżowy 12-16 lat to już regularne treningi, starty w zawodach z cyklu Pucharu Polski. Jednocześnie rodzice nie pozwalali na zachwianie równowagi pomiędzy narciarstwem a szkołą. Układ był prosty – są zaległości w szkole, nie ma wyjazdu w góry. Pamiętam, że im więcej jeździłem, tym lepsze miałem oceny. Kiedy sezon się kończył, różnie z tym bywało. Stara zasada ,,im mniej masz czasu, tym lepiej go wykorzystujesz’’ w moim przypadku sprawdzała się w 100%.

image004
(archiwum prywatne)

 

Osiągnięcie wieku juniora i starty w zawodach FIS to był już poziom przekraczający możliwości organizacyjne i finansowe rodziców. Co więcej, zdecydowałem rozwijać swoją drugą pasję, jaką było narciarstwo wodne. Trenowanie dwóch dyscyplin jednocześnie było nie do pogodzenia. W wieku 17 lat pozyskaniu stopnia pomocnika instruktora zacząłem dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi adeptami narciarstwa. W sezonie 2008/2009 z powodzeniem ukończyłem Centralny Kurs Instruktorski z jednym z najlepszych wyników w kategorii jazdy technicznej oraz jazdy sportowej na przestrzeni ostatnich kilku lat.

image006
(archiwum własne)

 

Przez kilka sezonów prowadziłem wraz z Jankiem Wojtiukiem grupę sportową „DeSki Fighters”. Będąc już na studiach, brałem udział w zawodach z cyklu Winter Cup oraz Akademickich Mistrzostwach Polski.

image007
(Skifoto.pl)

Okres studiowania i czynny udział w sekcji narciarskiej Uniwersytetu Warszawskiego, to najlepszy okres w mojej przygodzie z narciarstwem. Przyjaźnie i znajomości zawarte w tamtym okresie trwają do dziś. Ponadto, po wielu latach treningów, wstawania przed świtem poznałem narciarstwo od strony … bardziej towarzyskiej ;).

image009
(Skiwojownik.pl)

W trakcie wielu lat spędzonych na nartach nauczyłem się wielu rzeczy. Lata treningów i startów w zawodach nauczyły mnie m.in. samodyscypliny, woli walki oraz umiejętności radzenia sobie ze stresem.

To cechy, bez których ciężko by było funkcjonować w dzisiejszym świecie. I z perspektywy czasu wiem, że najbardziej do życia przygotował mnie najpiękniejszy sport, jakim jest narciarstwo alpejskie.

I dlatego wszystkim rodzicom, którzy zastanawiają się, czy warto zapisać swoje dziecko do klubu narciarskiego, odpowiadam krótko – WARTO.

Piotr Hugues